Pogodny pasterz

Historyjka dotyczy pewnego zadowolonego z życia pasterza. Przechodzący w pobliżu podróżny zapytał go, jakiej pogody można się dzisiaj spodziewać. Góral, nie patrząc nawet na pytającego, odparł:
- Będzie taka, jaką lubię.
Nieznajomy nie rozumiał jednak, skąd pasterz może posiadać taką proroczą wiedzę. Mężczyzna odpowiedział mu filozoficznie:
- Doszedłem do wniosku, że skoro nie zawsze mogę mieć to, co lubię, to cieszę się tym, co mam lub dostaję. I z tego powodu zawsze jestem kontent.

Historyjka przypomina sens starej sentencji, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Nasze szczęście i dobre samopoczucie leży w naszych własnych rękach. Ograniczamy sobie zmartwienia i stres, gdy przyjmujemy życie takim, jakim nam się jawi. Osoby pogodne są też lepiej postrzegane, jako bardziej otwarte i potrafiące lepiej radzić sobie z przeciwnościami losu, co ułatwia im pierwsze kontakty z ludźmi.

Jak diabeł chłopa swatał

Bohaterem bajki jest chłop Maciej, który wracał właśnie z miasta. Ponieważ wypił nieco za dużo, przystawał co krok, łapał się za głowę i głośno zawodził nad swoim pijaństwem. Jęki i narzekania usłyszał pewien diabeł, śpiący sobie smacznie w konarach starej wierzby. Widząc otumanionego gorzałką chłopa, poczuł swoją szansę i po chwili stanął przed nim w całej okazałości. Maciek nie przestraszył się jednak czarta, tylko uznał, że chyba same niebiosa zsyłają mu piekielnika, aby udzielił mu ważnej porady. Następnie pożalił się diablikowi, że choć już przyszła mu pora do żeniaczki, to nijak nie może znaleźć odpowiedniej kandydatki. Każda jest bowiem chytra i leniwa, patrzy tylko na dukaty w skrzyni i morgi na polu. Pomyślał chwilę diabeł, w jaki sposób wyswatać chłopa w zamian za jego duszę. Powiedział zatem Maciejowi, że znajdzie mu kobietę obrotną, pracowitą i zdatną do wszystkiego, która nie będzie łypać tylko na jego pieniądze, ziemię i modne fatałaszki. Uczyni go najszczęśliwszym mężem na świecie, w zamian żądając jedynie, zapisania po śmierci jego duszy. Chłop jednak nie mógł uwierzyć, że istnieje taka idealna kobieta. Obiecał jednak czartowi, że jeśli faktycznie taką odnajdzie, która wypełni jego warunki przez okres tygodnia, to ślub weźmie i zapisze mu duszę. Po zawarciu umowy diabeł zniknął z oczu Macieja, udając się w pośpiesznie do niejakiej Magdy, mieszkającej w sąsiedniej wiosce. Dziewczyna znana była z tego, że już długo szukała męża, bo każdy kto wstąpił do jej domu, niebawem umykał bez grosza w kieszeni. Jej wielka chciwość i lenistwo znane były w okolicy, a sama szukała dla siebie męża hojnego i pracowitego. Gdy zobaczyła przed sobą pokracznego diabła, chciała go przepędzić miotłą, on jednak zaproponował jej chytry układ. Opowiedział Magdzie całą rozmowę z Maciejem i nakazał surowo, aby przez cały tydzień pilnie wykonywała wszystkie jego polecenie. Zarazem, miała wzgardzić wszystkimi strojami i dukatami, które będzie jej przynosił, a jeżeli jeszcze przez tydzień wytrzyma bez objadania się, zdobędzie wymarzonego chłopa. Magda przystała na jego propozycję, choć tydzień czasu wydawał się dla niej całą wiecznością. Już pierwszego dnia Maciek nie mógł wyjść z podziwu, jak kobiecie praca pali się rękach. Jeszcze większy szok przeżył następnego dnia, gdy nie zwróciła żadnej uwagi na jedwabne suknie i monety, które przyniósł piekielnik. Trzeciego dnia spełniała wszystkiego jego kulinarne zachcianki, sama nic nie jedząc. Maciej nabrał jednak pewnych podejrzeń i nakazał diabłu, aby razem schowali się na strychu i przez szparę w podłodze podglądali dziewczynę. Przestraszył się nieco diabeł, ale ukradkiem i półgębkiem ostrzegł Magdę przez podstępem. Gdy tylko przy pierwszej okoliczności opuściła chatę, chłop z czartem wgramolili się na strych i czekali na dalszy przebieg zdarzeń. Tymczasem Magda wpadła nagle do izby, wymachiwała miotłą jak szalona, garnki wyczyściła na glanc, a na domiar wszystkiego, wesoło sobie przy tym podśpiewywała. Maćkowi ze zdumienia aż oczy na wierzch wyszły, a uradowany diabeł już zaczął schodzić po drabinie na dół. Nagle potknął się niezdarnie o szczebel i wpadł cały do worka pełnego maku. Ziarenka wypełniły mu płuca, że aż diablisko ledwie oddychało. Magda podniosła wielki wrzask, a wraz z nią Maciek, że aż się ludzie pozbiegali. Diabeł tymczasem próbując wypluć nieszczęsne ziarenka, wołał tylko:

- Mak - dusi, Mak - dusi.
Dziewczyna straciła zupełnie głowę, sądząc, że czart wszystko co przyniósł, teraz niechybnie odbierze. Zawołała tylko do ludzi:
- Słyszycie!? Wszystko Magdusi oddaje! - Po czym porwała złoto i stroje, starając się schować je do komórki. Maciej zorientował się wtedy w całym przedstawieniu, ale nie zdążył schwycić diabła za kark, bo ten tylko ogniem błysnął i zniknął.

Historia uzmysłowia, że w dobrym przedstawieniu aktorzy grają swoje role do samego końca. Diabeł sprawnie reżyserował cały spektakl i nawet aktorka robiła wszystko tak, jak sobie obmyślił. Działo się tak, gdyż dokładnie poznał preferencje swojej przyszłej ofiary, która sama wyznała mu, czego oczekuje od idealnej kandydatki na żonę. W takiej sytuacji mógł zaprezentować ze swoją wspólniczką, wszystko to czego oczekiwał chłop. Bajka pokazuje oczywiście sytuację idealną, gdyż w życiu codziennym, stając przed gronem obcych sobie ludzie nie wiemy, czego od nas oczekują i jak nas postrzegają. Zazwyczaj nie mamy także możliwości podejrzenia „przez dziurę w podłodze”, tego jak ludzie zachowują się naprawdę, gdy nie są obserwowani. Człowiek, planujący publiczne występy, powinien jednak dokonać wcześniejszego „rozpoznania”, aby wiedzieć z kim będzie miał do czynienia, aby zmniejszyć swój stres. Magda potrafiła niemal do końca zachowywać naturalność swoich kroków, co przekonywało Maćka, że jest faktycznie najlepszą partią w okolicy. Zarazem, przy pierwszej wpadce straciła zimną krew i zła natura oraz stare przyzwyczajenia, wzięły nad nią górę. Osoba występująca publicznie musi zatem poczuć w sobie duszę aktora, aby grać do końca przygotowaną rolę, nawet jeśli okoliczności ulegną nagłej i niespodziewanej zmianie.

Szczęśliwy rozbitek

Opowiastka dotyczy pewnego rozbitka, który dryfował po oceanie przez niemal miesiąc. Gdy został już wyłowiony przez przepływający statek handlowy, ciekawy kapitan zapytał go o refleksje. Zmęczony, acz szczęśliwy, wyznał, że jeśli do końca życia będzie miał pod dostatkiem jedzenia i picia, to będzie najszczęśliwszym z ludzi.

Opowiastka uczy, że szczęście jest pojęciem względnym i zupełnie subiektywnym. Gdy tylko zdamy sobie sprawę, że inni mają gorzej, szybko docenimy to, co mamy. Takie sytuacje potrafią nas skutecznie zmotywować i pomagają nabrać chęci do życia. Zarazem nasze cele uzależnione są od sytuacji, w jakiej się znajdujemy - im gorsza, tym mniejsze i bardziej przyziemne mamy pragnienia.

Dialogi samochodowe

Pewna siedemnastoletnia dziewczyna próbowała dotrzeć autostopem do domu. Podwiezienie zaoferował jej dojrzały mężczyzna. To przypadkowe spotkanie na zawsze odmieniło ich życie. Stało się inspiracją do walczenia o siebie i swoje marzenia. Mężczyzna opowiedział dziewczynie historię swojej nieszczęśliwej miłości do żonatej kobiety. Wydawało się, że kierowca ma wszystko - pieniądze, drogie ubrania, luksusowy samochód. Nie był jednak szczęśliwy. Do szczęścia brakowało mu obecności ukochanej kobiety. Opowiadał autostopowiczce o tym, co jest dla niego najważniejsze w życiu, był przy tym na tyle przekonujący, że jego słowa na zawsze pozostały dla niej aktualne. Dziewczyna natomiast życzyła mężczyźnie, by wreszcie stał się szczęśliwy i by udało mu się stworzyć związek ze swoją wymarzoną kobietą. Jej energiczność i szczerość zainspirowały mężczyznę do walki o miłość. Po wielu latach ta sama autostopowiczka - teraz już zamężna kobieta sukcesu - została podwieziona do domu przez tego samego kierowcę. Tym razem jednak na siedzeniu współpasażera siedziała piękna, dojrzała kobieta - jego żona. Dziewczyna od razu rozpoznała w swoim kierowcy mężczyznę, który przed laty wywarł na niej tak silne wrażenie. Podziękowała mu za inspirację i za udzielenie najlepszej na świecie rady - by słuchać zawsze głosu swojego serca.

Bajka skłania do refleksji na temat poszukiwania recepty na szczęście. Mówi o tym, że należy zawsze podążać za głosem serca, bo tylko taki sposób na życie gwarantuje szczęście i spełnienie. Bajka pokazuje ponadto, że przypadki nie istnieją, a każda napotkana osoba może stać się dla nas mistrzem, nauczycielem lub drogowskazem.

Zmartwienie ojca i syna

Historia opowiada o zmartwieniu ojca i syna. Ojcu ciężko się było pogodzić ze starością i że każda czynność wymaga od niego zdwojonego wysiłku. Syn tymczasem męczył się, ślęcząc nad książkami. Pierwszemu brakowało odpoczynku, a drugiemu wolności. Ojciec narzekał na swą starość, a syn na młodość.

Opowiastka pozwala zrozumieć, że często nie potrafimy docenić tego, co posiadamy. Wydaje nam się, że aktualna sytuacja jest nie najlepsza, za to kiedyś bywało lepiej albo będzie tak w przyszłości. Taki sposób myślenia nie sprzyja motywacji do działania i podjęcia wzmożonego wysiłku. Każdy czas niesie ze sobą dobre i gorsze aspekty, trzeba jednak starać się wykorzystać te dobre, a pogodzić się ze złymi. Nigdy nie będzie tak, że wszystko będzie w najlepszym porządku, a los i całe otoczenie będą nam bezwzględnie sprzyjać. Z tego m.in. względu zawsze trzeba mieć jakieś cele, które są składową sensu życia.

Bryła lodu i kryształ

Przypowieść opowiada o trudnym sąsiedztwie bryły lodu powstałej z błotnistej kałuży i czystego kryształu. Bryła zazdrościła kryształowi jego przezroczystości, przez co prosiła słońce, aby mocniej zaświeciło. Gdy słońce faktycznie zaczęło grzać, bryła zaczęła lśnić, ale ubywało jej z godziny na godzinę. I tak kierowana niskimi przesłankami całkiem się roztopiła i stała się błotem.

Bajka zwraca uwagę, że niewłaściwie ukierunkowane ambicje i zazdrość mogą stać się podbudową dla poważnych problemów. Trzeba zdawać sobie sprawę z własnych możliwości, ograniczeń i nie pożądać tego co nierealne. Z drugiej strony konflikt przyczynia się do podejmowanie nieracjonalnych i często amoralnych działań, które jednak łatwo mogą się obrócić przeciwko nam. Bryła lodu chciała być tak samo piękna jak kryształ, nie zdając sobie sprawy, że słońce nie jest jej sprzymierzeńcem, ale realnym wrogiem. Dla lepszego wyglądu i samopoczucia oraz aby dorównać sąsiadowi sprowadziła na siebie zagładę stając się tym, od czego tak bardzo chciała się uwolnić.

O dwóch braciach

Żył sobie pewien rybak, który rankiem wypłynął na jezioro zarzucić sieci. Niestety, w sieci załopotała tylko mała ryba, którą chciał od razu wrzucić do wody. Ta jednak przemówiła do niego ludzkim głosem prosząc, aby wziął ją ze sobą i rozciął na trzy dzwonki. Jeden miał dać do zjedzenia żonie, drugi klaczy, trzeci suczce, a pozostałe kości zakopać pod domem. Rybak zrobił jak mu polecono i wkrótce jego żona zaciążyła, podobnie jak klacz i suka. Kobieta urodziła chłopców - bliźniaków, podobnie oźrebiła się klacz i oszczeniła suka. Rośli wszyscy wspólnie pod jednym dachem, gdy przyszło im w końcu ruszać w wielki świat. Rodzice długo nie chcieli o tym słyszeć, ale ulegli w końcu żądnym przygód młodzieńcom. Ojciec wyposażył ich w broń, która wyrosła z ości ryby, a matka dała butelkę z wodą.
- Gdybyście mieli się rozdzielić - mówiła - schowajcie tę wodę przy rozstajnych drogach.
Gdy drugi wróci w to miejsce i znajdzie zamiast wody krew, będzie to znak, że jego brat nie żyje. Oboje dosiedli identycznych koni i z identycznymi pieskami u boku ruszyli ku swemu przeznaczeniu. I tak też się stało, że jeden z braci dotarł do królestwa dręczonego przez smoka. Królewna jedynaczka miała być jego kolejną ofiarą, ale mężny młodzieniec zamiast niej udał się do jamy gada i odciął mu w walce wszystkie siedem głów. Król z wdzięczności oddał mu córkę za żonę. I tak żył sobie spokojnie, aż pewnego razu nocą dostrzegł straszne błyskawice nad dalekim morzem. Młoda żona przestrzegała go, że jeśli tam się uda, to już do niej nie wróci. Jego zawadiacka dusza wzięła jednak górę, zabrał cały swój inwentarz i ruszył ku morzu. Gdy dotarł do brzegu, weszli wszyscy na niewielką tratwę i dostali się na wyspę z zaklętym zamkiem na skale. Nikogo tam nie było, prócz wiatru i ogromnej ilości kamieni. Wtem wyszła do nich jakaś baba, a piesek zaczął skakać do niej. Podała mężczyźnie różdżkę prosząc, aby uderzył nią psa, bo inaczej ją pokaleczy. Młodzieniec nieroztropnie spełnił jej prośbę i zamienił psa w kamień, po czym zaraz koń i on sam podzielili jego los. Minął dłuższy czas, gdy drugi z braci wrócił do rozstaju dróg, gdzie miast wody zobaczył krew i ruszył drogą, którą podążył brat. Dotarł do królestwa okrytego żałobą, a ku niemu wybiegła królewna przekonana, że wrócił jej mąż. On nie próbował nawet wyjawić prawdy, gdyż chciał się dowiedzieć, jak zginął bliźniak. Gdy wieczorem położyli się do małżeńskiego łoża, wyjął miecz z pochwy i położył między sobą a bratową. Podobnie jak brata, zaciekawiły go pioruny nad odległym akwenem i zapytał kobietę, co tam się znajduje. Ona zdziwiła się, gdyż sądziła, iż stamtąd właśnie wraca. Drugi brat wiedział już, gdzie zaginął jego brat. I podobnie jak on, udał się w tamtym kierunku, i na podobnej tratwie dostał się na tajemniczą wyspę. Wśród licznych kamieni, dostrzegł kształtem podobne do własnego psa, konia i samego siebie. Dobył więc miecza i wpadł do upiornego zamku, aby pomścić rodzonego. Wyszła ku niemu baba, do której skoczył pies, prosząc go, aby uderzył go różdżką. On jednak był przekonany, że właśnie ona winna jest śmierci brata, a teraz chce zgubić też jego i dalej szczuć na nią psa. Ta przestraszona wyznała szybko, że da mu wodę, którą polewając skamieniałego brata, wróci mu życie. Podejrzliwy młodzieniec nie ufał jednak żadnemu jej słowu i żądał, aby sama go skropiła.
- Moja ręka nic tu nie wskóra - odrzekła, nie pozostawiając mu wyboru.
I tak ożywił brata, któremu zdawało się, że spał tylko, a potem razem skrapiali inne kamienie, wracając do życia mieszkańców zamku. Drugi z braci zobaczył też zgrabny kamień, leżący na łóżku. Była to królewna, która miała zostać jego żoną i wspólnie mieli zasiadać na tronie. Przed tym chciał jeszcze uzyskać błogosławieństwo rodziców i razem z odzyskanym bratem udali się w drogę. W podróży wyznał bratu, że pierwszej nocy, jak dotarł do jego królestwa, spał z jego żoną. Ten w nagłym gniewie dobył miecza i uciął mu głowę. Dopiero gdy dotarł do domu i żona spytała go zdziwiona, dlaczego ostatniej nocy położył między nimi miecz, zdał sobie sprawę z własnej głupoty i porywczości. Miał jeszcze trochę cudownej wody i polał nią ciało brata, a ten wstał i wyjaśnili sobie wszystko. Następnie, wskrzeszony brat zabrał ze sobą rodziców do ożywionego królestwa i ożywionej żony, i żyli tam długo i szczęśliwie.

Bajka uczy, aby zawsze być roztropnym i nie działać odruchowo. Odwaga obu braci pozwalała im uzyskiwać konkretne korzyści, a zarazem żądza nowych doznań, wpędzała w poważne problemy. Trzeba umieć uszanować to, co już się posiada, bo podejmowanie kolejnych wyzwań może spowodować, że wszystko stracimy. Z drugiej strony, podejmowane ryzyko, przy niezbędnej dozie asertywności, zdrowego rozsądku i trzeźwej ocenie sytuacji, pozwoliło osiągnąć sukces. Zatem należy podejmować ograniczone, niezbędne ryzyko, które da nam szansę uzyskania znacznych korzyści, ale nigdy nie należy się rzucać szaleńczo głową w dół. Poza tym bardzo ważna jest umiejętność panowania nad emocjami i zdolność obdarzania zaufaniem, bo komuś zawsze trzeba zaufać, a komu ufać jak nie najbliższej rodzinie?

Ludzie i potwory

Rzecz dzieje się w bardzo odległych czasach, gdy ziemię zamieszkiwały potężne gady o łabędzich szyjach, skrzydłach nietoperza i rybich łuskach. Ówcześni ludzie byli bardzo biedni i daleko im było do dzisiejszej mądrości. Można wręcz powiedzieć, że byli całkiem bezradni wobec dzikiej i nieprzyjaznej przyrody, a gdyby nie pomoc potworów, zginęliby marnie. Rozumne potwory nauczyły ludzi odróżniać trujące jagody od jadalnych i zbierać grzyby. W czasie zimy rozpalały im ogień, aby ludzie mogli ogrzać zmarznięte ciała. Przyjaźń między nimi narastała, a ludzie zaczynali poczynać sobie coraz śmielej. Dzięki potworom mogli opuścić wilgotne i ciemne jaskinie i zamieszkać w suchych i ciepłych domach. Wkrótce okazało się także, że ludzie nie potrafią robić żadnych zapasów na zimę, a surowy czas przetrwali tylko z pomocą swoich przyjaciół. Dobre stwory zaczęły uczyć ludzi siania i zbierania zboża, przynosząc w tym celu z ciepłych krajów ziarna pszenicy, żyta i jęczmienia. Ludzie jednak nie byli zbyt skorzy do nauki ani zbyt pojętni, wobec czego potwory wykonywały większą część pracy, aby ich wysiłek nie poszedł na marne. Z czasem leniwi ludzie nauczyli się podstaw rolnictwa, a nawet zaczęli pleść sieci i łowić ryby. Z czasem tak obrośli w piórka, że zaczęli przebąkiwać między sobą, że już sami doskonale sobie radzą, a sąsiedzi nie są już im potrzebni. Naradzali się ukradkiem w ciemnych ostępach puszczy, w jaki sposób pozbyć się potworów raz na zawsze. Poczciwe stwory, nie wiedząc nic o zdradzie, pomagały ludziom w każdych trudnych okolicznościach. Niebawem jednak woda w strumieniu stała się dziwnie słona, a ich ulubione owoce nabrały gorzkiego smaku. Niewdzięczni ludzie liczyli, że zatruwając wodę i jedzenie, zmuszą potwory, aby odeszły w inne strony. Ludzie stali się mądrzejsi i sprytniejsi od dobrodusznych gadów, ale brakowało im odwagi, aby stanąć z nimi do otwartego konfliktu. Bali się głównie ich potężnych rozmiarów, które potrafiły przerazić każdego śmiałka. Po jakimś czasie potwory zrozumiały już, że sprawy przybierają zły obrót i zrażone wielką niewdzięcznością, smutne i zawiedzione, opuściły na zawsze nieprzyjazny kraj. Niebawem próżni i zarozumiali ludzie odczuli brak dawnych przyjaciół. Sami musieli wykonywać najgorsze i najcięższe prace, martwić się o pełne spiżarnie, walczyć z powodziami i skutkami nawałnic. Zrozumieli wtedy swój wielki błąd i zaczęli wznosić błagania, aby gady powróciły. Próżne jednak były to żale, bo dzikie zwierzęta zupełnie swawolnie niszczyły uprawy, a woda zalewała niezabezpieczone pola. Nie pomogło również wznoszenie w świętych gajach podobizn gadów, co miało uchronić ziemię przez klęskami. Potwory odeszły na zawsze, a człowiek musiał odtąd wszystko wykonywać sam, żmudnie i w pocie czoła.

Opowiastka uczy, że nie warto liczyć na czyjąś wdzięczność, nawet jeśli nasza pomoc jest zupełnie bezinteresowna. Podobnie w sferze szkoleń, należy kierować się zasadą pewnej równowagi, czyli dawać, ale również wymagać. Inaczej można nazwać ten sposób postępowania metodą „kija i marchewki”. Każda nauka wymaga bowiem poświęcenia i czasu, a jeśli przychodzi zbyt łatwo i tanio, nie będzie wtedy obdarzana należnym szacunkiem. Ludzie zawdzięczali swoje umiejętności usłużnym potworom, przyzwyczaili się więc do tego, że wszystko przychodzi mi łatwo. Gdy jednak zniknął „parasol ochronny” okazało się rychło, że muszą zmagać się z problemami, o których wcześniej nawet nie pomyśleli. Trener musi nieustannie egzekwować przekazywaną wiedzę oraz umiejętności, zarówno ze względu na siebie, jak i na swoich podopiecznych. W przeciwnym przypadku, wypuści spod swoich skrzydeł osoby niesamodzielne, które bez pomocy swego mentora nie będą umiały wykorzystać zdobytej wiedzy, nie nauczą się myśleć. Trener podnosi w ten sposób swoją skuteczność i prestiż, gdyż okazuje się być dobrym nauczycielem, sprawnym praktykiem i psychologiem. Trener nie może być tak naiwny i dobroduszny jak potwory, gdyż jego podopieczni będą poszukiwać sposobu, aby wykorzystać te cechy dla swoich celów.

Pałeczki z kości słoniowej

Bajka opowiada historię dobrego, sprawiedliwego cesarza, który za sprawą władzy i chciwości stał się okrutny i doprowadził państwo do ruiny. Jedyną osobą, która zauważyła niebezpieczeństwo był mądry minister króla. Po wielu latach wiernej służby poprosił jednak o zwolnienie po tym, jak cesarz przy obiedzie zażądał pałeczek do ryżu wykonanych z kości słoniowej. Dla doświadczonego ministra był to czytelny znak, że z czasem cesarz zapragnie więcej bogactw i łask dla siebie, że zaniedba sprawy królestwa, a każdego, kto mu się sprzeciwi, będzie karać surowo. Kto bowiem prosi o pałeczki z kości słoniowej z czasem zechce mieć diamentowe miski, złote komnaty, najdroższe ubiory… Stało się dokładnie tak, jak przewidział minister. Następca cesarza zastał państwo zrujnowane. Poprosił więc starego ministra o pomoc w jego odbudowie. Doświadczony urzędnik pomagał młodemu cesarzowi do czasu, gdy któregoś dnia ten również poprosił o pałeczki do ryżu z kości słoniowej…
Bajka skłania do refleksji na temat władzy i umiejętności potrzebnych, by ją sprawować. Zarządzanie jest trudną sztuką wymagającą pokory i samodyscypliny.

Opowiastka jest przestrogą dla menadżerów, liderów grup - dla wszystkich, którzy sprawują władzę i czasem mają ochotę jej nadużywać.

Słowik

Bajka toczy się w dawnych czasach, gdy Chinami rządził cesarz. Zamek cesarza był najpiękniejszą budowlą na świecie, gdzie wszystko było wykonane z porcelany. Zarazem cesarski ogród pełen był bardzo rzadkich kwiatów i zajmował tak wielki obszar, że sam ogrodnik nie wiedział, gdzie się kończy. Tymczasem za odległymi jego krańcami zaczynał się piękny las, pełen jezior, a za lasem zaczynało się morze. Nad brzegiem morza na jednej z gałęzi mieszkał słowik, który śpiewał tak pięknie, że nawet zapracowany rybak kładł się na trawie i słuchał jego treli. Z całego świata na cesarski dwór przybywali podróżni, którzy nie mogli nadziwić się urodzie zamku oraz ogrodu. Jednak, gdy usłyszeli śpiew słowika zgodnie przyznawali, że to było najpiękniejsze. Gdy już wracali w swoje strony opowiadali swoim rodakom co widzieli i słyszeli w dalekim kraju, a skrybowie i uczeni pisali książki opiewające Państwo Środka. Najwięcej uwagi, pochwał oraz lirycznych wierszy zbierał jednak niepozorny słowik, mieszkający nad morzem. W końcu wiersze oraz książki dotarły do samego cesarza, który był bardzo rad z ciepłych słów o jego kraju. Nie wiedział jednak, czym jest ten tajemniczy ptak, o którego istnieniu i zaletach dowiedział się dopiero z obcych pism. Wezwał natychmiast marszałka dworu, człowieka wielce wytwornego, który gdy ludzie niższego pochodzenia zadali mu pytanie, odpowiadał tylko nic nie znaczącym „P!” Marszałek zapytany o tajemniczego słowika nie potrafił jednak udzielić żadnej odpowiedzi. Monarcha, który znał każdą piękną rzecz w swoim kraju, nie mógł się pogodzić, że wszyscy na świecie znają cudownego śpiewaka, a on nawet nie wiedział o jego istnieniu. Zapragnął zatem, aby jeszcze wieczorem, tego samego dnia, słowik zaśpiewał przed jego majestatem. Marszałek, chcąc nie chcąc, obiecał swemu władcy, że znajdzie słowika i spełni cesarską wolę. Biedaczysko, nie miał jednak zielonego pojęcia, gdzie go szukać. Biegał zatem bez ustanku po całym pałacu i wypytywał wszystkich napotkanych dworzan o ptasiego śpiewaka. Nikt jednak o nim nie słyszał i marszałek przekazał cesarzowi swoją opinię, iż jest to zapewne bajka zmyślona przez zachodnich pisarzy. Władca jednak wiedział swoje, gdyż informacje o słowiku odnalazł w książce przesłanej mu przez potężnego cesarza Japonii, zatem musiała być to prawda. Nakazał zatem swemu słudze, aby ponowił poszukiwania, gdyż w przeciwnym razie, każde swoim ludziom deptać po brzuchach wszystkich dworzan i to tuż po kolacji! Wielki harmider zapanował na cesarskim dworze i w ogrodzie. Dopiero jeden z dworzan znalazł w kuchni biedną dziewczynkę, która znała śpiew słowika i wiedziała, gdzie pomieszkuje. Co wieczór zabierała resztki z kuchni i zanosiła je chorej matce, która mieszkała na wybrzeżu, a gdy wracała nocą, kładła się na trawie i słuchała wzruszona ptasiej pieśni. Marszałek obiecał dziewczynce stałą posadę w kuchni oraz prawo wchodzenia do cesarskiej jadalni, ale pod warunkiem, że wskaże mu miejsce przebywania słowika. Wybrali się zatem wszyscy do lasu, a gdy byli jeszcze w połowie drogi, usłyszeli ryk krowy. Jeden z dworzan zakrzyknął, gdyż pomyślał, że znaleźli słowika, czyli stworzenie posiadające wiele siły w małym ciele. Mała pomywaczka wyprowadziła go jednak z błędu i nakazała wszystkim iść dalej. Potem usłyszeli żabi rechot, a jeden z niemądrych sług, uznał to za słowiczy śpiew, podobny do dzwonków kościelnych. Niebawem jednak dziewczynka wskazała swoim towarzyszom małego, szarego ptaszka, który siedział wysoko na gałęzi. Marszałek nie mógł uwierzyć, że tak pospolicie wyglądający ptak, mógł zadziwić swoim głosem tak wielu wspaniałych i wymagających gości. Dziewczyna powiedziała ptaszkowi, że sam cesarz chciałby posłuchać jego koncertu, a on nie dał się długo prosić i zaśpiewał tak, że wszyscy stali urzeczeni. Sam marszałek zaprosił małego czarodzieja na dwór, aby oczarował także jego cesarską mość. Cały cesarski pałac przygotowano należycie na wizytę nietypowego gościa, a pośrodku sali tronowej umieszczono złoty pręt. Gdy wszyscy zebrali się, oczekując na występ, słowik zaśpiewał tak uroczo, że aż łzy spłynęły po cesarskim obliczu. Jego śpiew dotykał samego serca i władca chciał go wynagrodzić złotym pantofelkiem na szyi, ale ptaszek podziękował uprzejmie, twierdząc, że najpiękniejszym darem było ujrzenie cesarskich łez. Wszyscy byli zachwyceni głosem i postawą słowika, który odtąd miał zamieszkać na dworze w złotej klatce, choć dwa razy dziennie i raz w nocy, mógł wyfrunąć na zewnątrz. Aby jednak nic złego go nie spotkało, dwunastu służących trzymało końce jedwabnych wstążek przywiązane do jego nóżki. Taka forma spaceru nie należała jednak do przyjemności. Wkrótce całe miasto mówiło o niezwykłym ptaku, a rodzice nadawali swoim dzieciom jego imię. Pewnego dnia do cesarza nadeszła duża paczka, z napisem „Słowik” na przedzie. Okazało się, że wewnątrz znajduje się sztuczny słowik, kropla w kroplę podobny do żywego, tylko w całości wysadzany drogimi kamieniami. Wystarczyło tylko go nakręcić, aby zgodnie z instrukcją, śpiewał takie same piosenki jak żywy ptak, a dodatkowo poruszał ogonem. Na szyi maszyny wisiała wstążką z napisem „Słowik cesarza Japonii jest niczym wobec słowika cesarza Chin”. Dworzanie zachwycili się nietypowym prezentem i ktoś szybko wpadł na pomysł, aby żywy i sztuczny ptak zaśpiewali razem. Wspólny koncert nie wypadł jednak najlepiej, gdyż żywy ptak śpiewał po swojemu, a sztuczny w taki sposób, jak go nakręcono. Nadworny muzyk bronił jednak maszynki, twierdząc, że ma doskonałe wyczucie taktu, a śpiewa według jego wskazówek. Zadecydowano zatem, że sztuczny słowik będzie śpiewał sam, gdyż jego głos był równie piękny, a ponadto zachwycał swym wyglądem. Zaśpiewał wiele razy tę samą melodię i wcale się nie zmęczył, aż cesarz nakazał, aby żywy słowik też coś zaśpiewał. Tymczasem nasz bohater, wykorzystując wielkie zainteresowanie mechanicznym ptakiem, wyleciał przez okno do swojego zielonego drzewa. Dworzanie jak jeden mąż, skrytykowali słownika za tę ucieczkę, wytykając mu jego rzekomą niewdzięczność. Potem, po raz kolejny wysłuchali tej samej pieśni, nie mogąc jednak jej zanucić, gdyż była bardzo skomplikowana. Nadworny muzyk komplementował sztucznego ptaka, zwracając uwagę, że przewyższa żywego zarówno strojem oraz „wewnętrzną wartością”. Niebawem wyjawił, że pod tym enigmatycznym stwierdzeniem, rozumie przewidywalność mechanicznej zabawki. Ponadto każdemu zainteresowanemu można go pokazać oraz dokładnie objaśnić mechanizm funkcjonowania złotego słowika. Nazajutrz zaprezentowano nowego, cesarskiego słowika całemu chińskiemu ludowi. Wszyscy byli zachwyceni precyzją jego działania oraz wielkim kunsztem wykonywanych pieśni. Jedynie biedni rybacy nadmorscy, którzy znali doskonale śpiew żywego słowika, mieli poczucie, że czegoś brakuje w tym wszystkim. Prawdziwego słowika wygnano z kraju, a sztucznego posadzono na jedwabnej poduszce po lewej stronie cesarskiego łoża. Nadworny muzyk napisał o nim dwadzieścia pięć uczonych tomów, pełne trudnych pojęć i wyrazów, które wszyscy musieli przeczytać i zrozumieć, aby nie zostać uznanym za głupców. Już po roku, sam cesarz, dwór i wszyscy Chińczycy znali na pamięć każdy dźwięk wydawany przez sztucznego ptaka i razem z nim śpiewali rozmaite pieśni. Pewnego wieczora coś jednak chrupnęło w perfekcyjnej maszynce i niebiański głos zamilkł. Na nic zdało się wezwanie nadwornego lekarza, a zegarmistrz, wprawdzie doprowadził go do porządku, ale nakazał, aby ptaka oszczędzać, gdyż tryby są już mocno wytarte, a nowych nie można sfabrykować. Od tej chwili, tylko raz do roku nakręcano sztucznego śpiewaka, a nadworny muzyk wygłaszał mowę, pełną wielkich słów, przekonując, że wszystko jest jak dawniej. Minęło kilka lat, a stary cesarz poważnie zachorował i gdy zgromadzony lud pytał Marszałka o jego zdrowie, on odpowiadał tylko „P!”. Władca leżał blady na swoim łożu, a co niektórzy dworzanie wymykali się na zewnątrz, aby pozdrowić jego następcę. Zapanowało ogólne rozprężenie, choć wszystkie komnaty wyłożono suknem, aby stłumić wszelkie kroki i utrzymać zupełną ciszę. Monarcha dogorywał, a przez otwarte okno wpadał blask księżyca, oświetlając jego blade lico i sztucznego słowika. Na piersiach usiadła mu śmierć z jego koroną na głowie, złotą szablą w ręku i chorągwią w drugiej. Z fałd sztandaru wyglądały ku niemu twarze brzydkie, a to znów łagodne, jak jego złe i dobre uczynki. Dziwne twarze przypominały jego dokonania, a on w malignie, kazał walić w bęben, aby zagłuszyć złe głosy. Prosić zaczął nawet mechanicznego ptaka, aby mu zaśpiewał, ale nie było nikogo, kto by go nakręcił. Złowrogą ciszę przerwał nagle piękny głos zza okna. Mały, żywy słowik usiadł na gałązce, po tym jak dowiedział się, że cesarz potrzebuje pomocy. Wraz z jego głosem bladły straszne postacie, a krew znów zaczęła krążyć w osłabionym ciele. Nawet śmierć uległa jego trelom i po kolei zwracała władcy jego koronę, szablę i chorągiew. Monarcha nie wiedział jak dziękować słowikowi, którego kiedyś przecież wygnał ze swego państwa. Ptaszek nic jednak nie chciał, gdyż nagrodą dla niego były łzy wzruszenia, najpiękniejszy dar, radujący serce każdego śpiewaka. Następnie nakazał odpocząć wycieńczonemu władcy, a nad ranem obudził go swoim śpiewem, gdy jeszcze nie zjawił się żaden służący. Ozdrowiały władca obiecał słowikowi, że zostanie z nim już na zawsze, ale będzie śpiewał tylko wtedy, kiedy sam zechce. Chciał też rozkazać rozbić sztucznego ptaka na tysiąc części, ale słowik stanął w jego obronie, przypominając, jak wiele przecież zrobił dobrego. Żywy ptak nie mógł i nie chciał zbudować gniazda w pałacu, ale obiecał, że będzie przylatywał co jakiś czas i śpiewał wieczorami pieśni dla cesarza. Chciał mieć bowiem możliwość śpiewania także dla biednych rybaków i wieśniaków. Na koniec poprosił go, aby nie mówił nikomu, że posiada małego ptaszka, który mu o wszystkim mówi, po czym odleciał. Po chwili do sypialni weszła służba, aby zobaczyć martwego cesarza. Jakież było ich zdziwienie, gdy przywitał ich raźny i wesoły.

Opowieść pozwala zrozumieć, że oryginalność zawsze będzie mieć przewagę nad naśladownictwem czy epigoństwem. Z tego też względu, można uznać, że jeśli coś funkcjonuje perfekcyjnie i bezawaryjnie, to oznacza to, że nadjedzie taki dzień, kiedy wszystko nagle się rozsypie. Podobną sytuację mamy w przypadku zarządzania, gdy narzucone i zbyt surowe zasady nie przyczyniają się do rozwoju, a jedynie służą idealnemu wypełnianiu powtarzalnych, podobnych do siebie poleceń i zadań. W takiej sytuacji, brak jest miejsca na większą inwencję czy samodzielność, a pracownicy uczą się jak mechanicznie i niemal bezwiednie, wypełniać swoje obowiązki. Z czasem, mogą nawet przestać interesować się swoją pracą, gdyż wpadną w zabójczą rutynę. Zarządzana w ten sposób firma, może mieć problemy z innowacyjnością oraz odpowiednim reagowaniem na zmiany zachodzące na rynku. Mechaniczny słowik był zawsze przewidywalny, gdyż odgrywał melodie w taki sposób, w jaki został nakręcony. W ten sposób zawsze trafiał idealnie w potrzeby cesarza i jego dworu. Tymczasem żywy ptak potrafił śpiewać oraz myśleć samodzielnie, a w razie nagłej potrzeby, nie wymagał „nakręcania”, ponadto jego mechanizm nie ulegał zużyciu. Sytuację tę analogicznie można porównać z „wypaleniem zawodowym” pracownika, który ciągle wykonuje tę samą pracą i nie widzi możliwości rozwoju i perspektyw. Z drugiej strony, w nagłej sytuacji samodzielny i świadomy pracownik, będzie w stanie improwizować i radzić sobie samemu w trudnych i nieoczekiwanych okolicznościach. Warto zatem pamiętać, aby nie „więzić” pracowników, jak cesarz więził słowika, czyli nie zabierać na rzecz firmy ich wolnego czasu, gdyż podobnie jak żywy słowik potrzebują lasu oraz oddechu, czyli zupełnego odcięcia się od firmowych spraw, co pozwala „naładować akumulatory” na kolejne dni.

Chrzest

Opowiastka dotyczy pewnego nietypowego chrztu nowo narodzonego dziecka. Gdy zaniesiono niemowlę do kościoła, aby dopełnić pierwszego sakramentu, oczom zdumionego kapłana ukazał się ogień w miejscu, gdzie dotąd leżało. Poruszony odmówił posługi i odesłał rodzinę do domu. Ci jednak, po powrocie zauważyli, że w miejscu ognia znów leży niewinny maluch. Ponownie więc odwiedzili świątynię, ale ksiądz i tym razem odmówił sakramentu, gdyż zobaczył na poduszce rybę. Chrzestni znów odeszli z niczym, ale jeszcze raz wrócili, gdyż w domu w miejscu ryby znów leżało uśmiechnięte dziecko. Przy trzecim podejściu duchowny, w miejscu dziecka zobaczył wielki bochen chleba. Tym razem, nie chcąc już sprawiać kłopotu rodzicom, ochrzcił chleb, licząc, że Bóg mu to wybaczy. Gdy pierwsze krople wody święconej spadły na chrupki bochenek, ten przemienił się nagle w dziecko. Przemówiło ono poważnym głosem i wyjaśniło księdzu, że gdyby ochrzcił ogień, spaliłoby cały świat. Gdyby ochrzcił rybę, wtedy zalałoby świat potopem. Na szczęście kapłan ochrzcił dziecko w postaci chleba, czyli prawdziwego życia. Dzięki temu świat miał zostać obdarzony wszelkim dobrem.

Bajka uczy, że zawsze warto postępować zgodnie z obowiązującymi prawami i zasadami. Jednorazowe odstępstwo od nich, mogło w tym przypadku doprowadzić do sytuacji niebezpiecznych. Warto o tym pamiętać także w pracy trenera, który powinien kierować się pewnym zestawem zasad wobec siebie i innych. Najlepiej, gdyby stanowił przykład dla swoich podopiecznych. Gdy jest się osobą publiczną, która musi występować przed większym zgromadzeniem, często jest się narażonym na naciski otoczenia. Nie raz inni będę próbowali wywrzeć na nas określony wpływ, ale nie możemy z byle powodu łamać swoich zasad. W przeciwnym wypadku wszystko z czasem zacznie się stawać względne, a przez to pozbawione moralnej wartości. Człowiek kierujący się niezłomnymi zasadami, a zarazem posiadający odrobinę elastyczności, będzie także dobrze widziany wśród otoczenia, zyska poważanie i status człowieka godnego zaufania, którego słów i wskazówek warto słuchać.

Świat i życie

Opowiastka dotyczy pewnego małżeństwa. Żona prowadziła dom - myła, sprzątała, gotowała. Tymczasem jej mąż, tuż po powrocie do domu, zatapiał się na długi czas w lekturze ulubionej gazety. W końcu żona poruszona bezczynnością ślubnego zapytała, czy pomyślał choć raz, że życie to coś więcej niż to, co dzieje się na świecie.

Przypowieść wskazuje, że często najważniejsze dla nas sprawy dzieją się tuż obok, jesteśmy ich elementem i możemy skutecznie na nie oddziaływać. Nie należy zatem uciekać od otaczającej rzeczywistości, tylko starać się ją aktywnie kreować. Sprawy mniejsze i z pozoru pośledniejsze są nam bliższe, niż te wielkie, a zarazem odległe.

Opowieść o pewnym bucie

Opowieść traktuje o przygodzie, która przydarzyła się pewnym pracownikom uniwersyteckim. W czasie podróży pociągiem trzech profesorów i jeden asystent dyskutowali na temat minionej konferencji naukowej. Podróż mijała im szybko, umilali sobie czas rozmową. Na jednej ze stacji dosiadł się do nich nieprzyjemny mężczyzna. Odór alkoholu i papierosów był wyczuwalny od niego na kilka metrów. Współpasażer był wulgarny, przeszkadzał wszystkim, palił papierosy w wagonie dla niepalących, nie zwracał uwagi na upomnienia ze strony pozostałych mężczyzn… Nagle zdjął buty. Wszyscy mogli podziwiać jego stare, brudne skarpety założone na niemyte od kilku dni stopy. Asystent kilkakrotnie prosił, by mężczyzna włożył buty lecz bezskutecznie. Uciążliwy pasażer uznał, że nie potrzebuje butów. Gdy asystent usłyszał taką odpowiedź, energicznym ruchem porwał jeden z butów i wyrzucił go za okno jadącego pociągu. Po kłótniach, wyzwiskach i straszeniu sądem mężczyzna postanowił na straconym bucie coś zarobić. Zaczął negocjować z asystentem cenę butów, którą ten musi mu zapłacić. Po ustaleniu kwoty, asystent wypłacił mu jedynie jej połowę - za jeden but, bo tylko jeden but został wyrzucony. Oburzony mężczyzna nie mógł pozostać obojętny wobec takiej zniewagi. Podniósł swój jeden but i również wyrzucił go przez okno. Wówczas asystent zza marynarki wyciągnął stracony wcześniej but. Okazało się bowiem, że wcale go nie wyrzucił, a jedynie sprytnie schował pod marynarką.

Mężczyzna z powodu swej zachłanności i chęci wzbogacenia się czyimś kosztem, rzeczywiście stracił but. Bajka pokazuje, by w trakcie negocjacji nie działać na niekorzyść osoby, z którą się negocjuje, bo może się to zemścić na nas.

Próżność

Pewien próżny król zarządził, by jego poddani uznali go za boga. Kazał wyrzeźbić swój pomnik. Każdy mieszkaniec królestwa musiał się przed nim modlić, przynosić mu kwiaty i kadzidła. Zapragnął, by nowa religia objęła całe państwo. By udowodnić dworzanom swoją potęgę, nakazał przyprowadzić przed pomnik trzy przypadkowo napotkane w mieście osoby, by pokłoniły się przed pomnikiem albo oddały swe życie w imię nowej religii. Przed oblicze króla trafili profesor, mnich i żebrak. Każdy pod groźbą śmierci musiał oddać cześć „nowemu bogu”. Profesor uznał, że jest zbyt ważną osobą dla nauki i studentów, by umrzeć - pokłonił się. Mnich uznał, że jest wybrańcem prawdziwego Boga i nie ma znaczenia, co zrobi, bo wszystkie jego czynności są uświęcone jego mocą - pokłonił się. Jedynie żebrak zbuntował się przed wykonaniem szalonego nakazu króla. Stwierdził, że jego życie jest tak mało znaczące, że nie warto dla jego ratowania ośmieszać się i robić z siebie głupca. Nie pokłonił się przed pomnikiem, ponieważ nie chciał utwierdzać króla w jego szaleństwie. Zachowanie żebraka wstrząsnęło władcą. Zmienił natychmiast swoje postępowanie. Cofnął dekrety nakazujące wyznawanie nowej religii, a swoje pomniki wyburzył.

Opowieść pokazuje, że należy być sobą i działać w zgodzie ze swymi zasadami, niezależnie od okoliczności. Pochlebstwa, których źródłem jest lęk, mogą jedynie umocnić złe postępowanie.

Problem z migdałkami

Bohaterem bajki jest pewien idealistycznie nastawiony mężczyzna. Żył w niezmąconym przekonaniu, że zasługuje tylko na to, co najlepsze. Wysoko postawiona poprzeczka pozwoliła osiągnąć mu sukces życiowy - dorobił się majątku, wpływów, posiadł piękną kobietę. Pewnego razu dopadło go przewlekłe zapalenie migdałków. Nie było to schorzenie, które przerastałoby umiejętności jakiegokolwiek dyplomowanego medyka. Poczucie własnej wartości i wyjątkowości nie pozwoliło mu jednak zatrudnić lokalnego laryngologa. Nasz bohater szukał fachowca najlepszego, jakiego tylko mógł znaleźć. Jeździł zatem po kraju w poszukiwaniu kogoś godnego jego migdałków. Gdy już znalazł wysoce wykwalifikowanego lekarza, w ostatniej chwili nabierał niewielkich, acz dokuczliwych wątpliwości, że a nuż, znajdzie lepszego. Gardło w końcu znalazło się w opłakanym stanie, a życie wybrednego bogacza było zagrożone. Pech chciał, że znajdował się akurat w pewnej mieścinie, gdzie jedynym człowiekiem operującym na żywych organizmach był lokalny rzeźnik. Był on jednak znakomitym specem w swoim fachu i dostał się do chorego organu, nie wiedział jednak, co dalej ma z nim zrobić. Chciał zasięgnąć języka wśród tubylców, ale oni także nie mieli o tym pojęcia. I tak człowiek, który chciał tylko tego co najlepsze, zmarł na zapadłej prowincji z powodu krwotoku.

Bajka uzmysławia nam, że dążenie do perfekcji może być zgubne, gdyż praktycznie ogranicza nam zdolność podejmowania decyzji. Prokrastynacja uniemożliwia podejmowanie działań, które stają się konieczne i powoduje, że bezustannie przekładamy je w czasie i odsuwamy na dalszy plan. Taki stan rzeczy powoduje zarazem, że nasza sytuacja i pozycja ulegają stopniowemu pogorszeniu. Z drugiej strony, czasem trudniej nauczyć się pójść na kompromis z samym sobą, niż wypracować go z innymi ludźmi. Każdy człowiek ma swoje słabostki, a sam świat nie jest idealny, dlatego patrzenie na siebie i świat w idealistyczny sposób, strąca nas w chroniczne poczucie niemożności i cofa w rozwoju.

Jaś i koziołek

Bajka opowiada o pewnym rezolutnym i wesołym chłopcu. Ciekawy świata urwis szybko zaprzyjaźnił się z koziołkiem sąsiadów. Co dzień rwał dla niego świeżą trawę i wynosił z kuchni liście sałaty. Ich przyjaźń kwitła w najlepsze, razem spędzali czas hasając beztrosko po podwórku. Pewnego razu, Jaś wpadł na pomysł, że zamiast trawy i sałaty zacznie dokarmiać pupila rabarbarem rosnącym nieopodal domu. Koziołek z nieufnością podszedł do nowej propozycji i jedynie musnął liść podstawiony mu pod pyszczek. Jaś uznał jednak, że rabarbar będzie odpowiednią dietą dla zwierzątka i próbował siłą nakarmić przyjaciela. Koziołek jednak twardo się opierał, wpierw lekko odpychając chłopca, a gdy ten stał się nazbyt natarczywy, ubódł go na tyle mocno, że ten nakrył się nogami. Wielka przyjaźń legła w gruzach, Jaś ciężko obraził się na rogatego kolegę i przestał go odwiedzać. Na pytanie ojca o powód nagłej rozłąki, odparł z wyrzutem:
- Bo przecież mnie odtrącił...

Bajka uczy, że nie warto twardo i bez przemyślenia obstawać przy swoich racjach. Nikt nie lubi protekcjonalnego tonu, bycia zdominowanym, czy ""stawiania po ścianą"". Należy umiejętnie dążyć do kompromisu, ustępować w mniej istotnych kwestiach, aby tym pewniej i łatwiej osiągnąć zamierzony cel główny. Ponadto, należy głębiej wnikać w przyczynę nieporozumień, a nie oceniać sytuacji wyłącznie po pozorach.