Mądra sowa zaprasza na debatę

Przypowieść opowiada o pewnej mądrej sowie, która była świadoma swej mądrości i tego, że racja leży po jej stronie. Z takim przekonaniem zaprosiła inne ptaki na debatę, aby założyć partię pod swoim przewodnictwem. Zarazem rozumny ptak zdawał sobie sprawę, że istnieje wiele rodzajów wiedzy, w tym wiedza polityczna. Sama mądrość złożona z wiedzy i doświadczenia nie była jednak wystarczająca, bez posiadania kręgosłupa moralnego i zdolności panowania nad emocjami. Sowa nie posiadała tych atutów i wiedziała o tym, tak samo dobrze jak inne ptaki. Dlatego mało kto przybył na wysłane zaproszenie i nie chciał wstąpić do jej ugrupowania. Nie pomogła nawet obietnica wysokich stanowisk dla wpływowych ptaków. Sowa musiała jeszcze nad sobą popracować.

Dzięki bajce może zdać sobie sprawę, że nawet dobre wykształcenie i znaczne doświadczenie, nie zagwarantują nam sukcesu. Ważna jest jeszcze osobowość, pewne cechy charakteru, które świadczą o wartości i autorytecie człowieka. Zarazem jeśli nie potrafimy opanować emocji, w oczach innych ludzi stajemy się nieprzewidywalni, nasz wizerunek cierpi, a przekaz traci na klarowności i znaczeniu. Samo przekonanie o swoich racjach nie wystarczy, bo trzeba jeszcze przekonać do nich innych, aby zbudować zespół czy sprawną i trwałą organizację. Każda trwała struktura musi opierać się na określonych wartościach i wzorcach postępowania, inaczej ulegnie ona szybkiemu rozkładowi i chaosowi. Postępujmy także uczciwie i sprawiedliwie, gdyż takie działania motywują pracowników i określają jasne zasady rozwoju i awansu.

Stały bywalec

Bohaterem tej historii jest pewien stały bywalec codziennego przedstawienia. W nadmorskim amfiteatrze, w okresie letnim wystawiono pewną sztukę. Niestety, nie zebrała ona korzystnych recenzji, i przy każdym kolejnym występie, coraz mniej widzów zaszczycało aktorów swoją obecnością. Jedynym stałym punktem audytorium był nasz bohater, co bardzo schlebiało a zarazem motywowało trupę artystyczną. Niestety, środki finansowe zmusiły wkrótce organizatora do zakończenia występów. Jednakże, po ostatnim spektaklu przesłano specjalne ukłony i ciepłe słowa bohaterowi siedzącemu w pierwszym rzędzie. Ten wstał i nieco zakłopotany podziękował za uznanie, wtrącając nieśmiało, że przychodził za każdym razem, bo to było jedyne miejsce, gdzie jego żona nie pomyślałaby go szukać...

Historia uzmysławia, że motywy działania ludzi mogą być bardzo różne. Sedno zagadnienia stanowi odgadnięcie albo dotarcie do źródeł i przyczyn takich, a nie innych zachowań i reakcji. Zarazem, aby wykreować określony wizerunek można posunąć się do chłodno wykalkulowanych działań, zachowywać się nawet wbrew własnej naturze, temperamentowi a nawet trybowi czy stylowi życia.

Złota kaczka

Bajka opowiada historię pewnego warszawskiego szewczyka imieniem Lutek. Dobry był to chłopak, wesoły i pracowity, ale bardzo biedny. Pracował u pewnego skąpego majstra, który liczył każdy grosz, a chłopakowi nie dał porządnie zarobić. Zapewniał mu wprawdzie wikt i opierunek, ale stare łachy szefa oraz wodzianka z kartoflami dalekie były od ideału. I tak mijały kolejne lata, a Lutek wciąż żył w biedzie. Znudziło mu się już takie psie życie i wpadł na pomysł, aby zaciągnąć się do wojska, gdyż wierzył, że jest zdolny i waleczny, i szybko zostanie wielkim generałem. Marzenie jednak pozostawił niezrealizowane i czekał dalej na odmianę swego losu. Pewnego razu w karczmie spotkał czeladnika, który szył gwardyjskie buty dla samych oficerów. Gawędzili miło, aż do późnego wieczora, gdy temat zszedł na dawne warszawskie podania. Jeden ze starych szewców zaczął opowiadać, że jakoby w samej Warszawie łatwo o pieniądze i sławę, tylko trzeba mieć dość rozumu i odwagi. Zaciekawiony Lutek zapytał starego o szczegóły, a ten zaczął snuć swoją opowieść. Rzekomo na Ordynackiej, w podziemiach starego zamku, mieszka królewna zamieniona w złotą kaczkę. Ten, kto ją tylko odnajdzie, zdobędzie skarby tak ogromne, że niechybnie zostanie wielkim bogaczem. Królewna pod zwierzęcą postacią miała się ukazywać jedynie w czasie nocy świętojańskiej. Poczekał więc Lutek na odpowiedni dzień i pod wieczór udał się w kierunku Ordynackiej. Wszedł w końcu na Tamkę, skąd prowadziło wejście do lochów rzeczonego zamku. Następnie przecisnął się przez okratowane okienko, znajdujące się tuż nad ulicą, gdyż był chudy i zwinny jak wąż. Wszedł do ciemnego i dusznego wnętrza, po czym zapalił świeczkę i ruszył z wolna przed siebie. Korytarz był długi, wąski i kręty i prowadził coraz niżej i niżej. W końcu dotarł do dużej piwnicy z jeziorkiem pośrodku, po którego tafli pływała złota kaczka. Gdy tylko zdążył wymówić pierwsze słowa, z kaczki powstała przecudnej urody dziewczyna. Zapytała wprost przybysza, czego od niej oczekuje. On jednak odrzekł skromnie, że zrobi wszystko to, co tylko ona rozkaże. Powiedziała mu zatem, że uczyni go wielkim bogaczem, ale pod warunkiem, że wyda w ciągu następnego dnia, tylko na własne potrzeby, okrągłe sto dukatów. Szewczyk roześmiał się głośno, gdyż nie widział w tym zadaniu nic trudnego. Odebrał mieszek z dukatami z rąk księżniczki, a ta przyrzekła mu, że jeśli spełni jej żądanie, otrzyma niezmierzone ilości wszelakich dóbr. Przypomniała mu jeszcze, że nie może oddać nikomu ani grosza, po czym znikła z dziwnym uśmiechem na twarzy. Chłopak przestraszył się nieco, a potem pędem pobiegł w kierunku wyjścia. Następnego dnia z samego rana, wypuścił się na miasto z zamiarem jedzenia, picia i zażywania wszelkich innych uciech. Po pierwsze, udał się do najlepszych sklepów z odzieżą, gdzie nabył strój godny samego hrabiego. Następnie skierował swoje kroki do porządnej gospody, gdzie postanowił najeść się i napić za wszystkie czasy. Nazamawiał i spałaszował liczne pęta kiełbasy, kiszki, miękkie rogale z masłem, a całość popił najlepszym piwem. Najadał się tyle, że miał przeświadczenie, że przez trzy dni niczego nie weźmie do ust, ale niestety rachunek opiewał tylko na dwa złote i dziesięć groszy tradycyjnego napiwku. W tym momencie, pierwszy raz zmartwił się poważnie, czy uda mu się w ciągu jednego dnia wydać taką sumę pieniędzy. Niewiele myśląc, wybrał się w konną wycieczkę do Wilanowa. Rozsiadł się jak basza w bryczce ciągniętej przez cztery rumaki i pognał przed siebie. Gdy przybył na miejsce, zapłacił hojnie powożącemu, a następnie dał dukata odźwiernemu przy bramie parkowej. Pospacerował po zamku i ogrodzie, a popołudniu wrócił do miasta. Do tego momentu wydał zaledwie pięć dukatów, a czas upływał. Spacerując ulicą, zauważył afisz teatralny i pierwszy raz w życiu wybrał się na spektakl. Gdy wyszedł ubawiony setnie komediową sztuką, było już dość późno, ale dalej nie wiedział, w jaki sposób wydać resztę środków. Poszedł więc w dół ulicy, rozmyślając nad swoim zadaniem, gdy na rogu zauważył zgarbionego staruszka. Starzec zwrócił się do niego o jakąkolwiek pomoc, gdyż cały dzień nie miał nic w ustach. Starzec okazał się być weteranem walczącym pod Somosierrą, Moskwą i Lipskiem. Spojrzał chłopak na staruszka, który na wojnach stracił rękę, ale na piersi błyszczały wstążki orderowe Legii Honorowej oraz Virtuti Militari. Nie mógł przejść obojętnie obok takiego człowieka, sięgnął więc do kieszeni i dał mu garść złota. Starzec nie zdążył jeszcze podziękować, gdy zagrzmiało i zabłyszczało, a przed ich oczami pojawiła się zaklęta księżniczka. Wypomniała mu tylko, że nie dotrzymał obietnicy, po czym nagle zniknęła. W tym momencie starzec wyznał mu, że pieniądze nie daje szczęście, tak jak praca i dobre zdrowie. Pamiętaj - dodał, pieniądz jest coś wart, gdy zostanie zarobiony, a darmocha zawsze idzie na złe. Powrócił zatem szewczyk do domu, a nad ranem, gdy się obudził, nie miał już grosza przy duszy. Od tego momentu zaczęło mu się jednak powodzić. Po pewnym czasie wyszkolił się na czeladnika, a potem został majstrem, ożenił się z piękną i dobrą dziewczyną, z którą miał kilkoro dzieci. Potem wszyscy żyli jeszcze długie lata w zdrowiu, szczęściu i dostatku. Tymczasem o złotej kaczce słuch wszelki zaginął. Zresztą, może to i lepiej, bo musiała to być zła boginka, skoro stawiała taki twardy warunek. Zawsze sobie, nigdy nikomu innemu.

Historia pozwala zrozumieć, jak wiele zależy od nas samych. Bohater historii miał swoje marzenia, ale nie miał dość ambicji i samozaparcia, aby spróbować je zrealizować. Szybko chciał stać się bogatym i wpływowym człowiekiem, ale próbował dokonać tego niewielkim nakładem sił. Zadanie jakie otrzymał przekraczały jego możliwości i kompetencje. W sytuacji, gdy przez wiele lat klepał biedę i nie miał nawet okazji wydać większej sumy pieniędzy, sto dukatów okazało się być wielkim wyzwaniem. Po pierwsze, poznał na własnej skórze, że nawet pieniądze, które łatwo przyszły, trudno jest wydawać, gdy nie posiada się w tym zakresie żadnego doświadczenia ani pomysłu. Z drugiej strony, działał zupełnie chaotycznie, choć zgodnie z własnym punktem widzenia i logiką biednego szewczyka. Nie miał żadnego planu działania, nie potrafił zarządzać ani sobą, ani posiadanymi pieniędzmi. Jedyne co przychodziło mu do głowy, to najeść się, napić, porządnie ubrać, pójść do teatru i pojechać na wycieczkę do pięknego pałacu. Zaspokajał zatem swoje podstawowe potrzeby, których ze względu na biedę, nigdy nie mógł zrealizować w oczekiwanym zakresie. Gdyby zarobił takie pieniądze w dłuższej perspektywie czasu, bardziej odczuwałby ich „ciężar”, a przez to, poznałby sposoby gdzie i w jaki sposób można by takowe „zainwestować”. Inną mądrością wypływającą z bajki, jest wskazanie, że będąc sami, nie posiadamy rozbudowanych potrzeb, a czasem nawet możliwości sensownego wydania dużej sumy w krótkim czasie. Wtedy takim sensem staje się własna praca, a przede wszystkim rodzina, w którą można „inwestować” zarobione pieniądze. W takiej sytuacji łatwiej jest znaleźć cele, które można śmiało podejmować z przekonaniem, że są tego warte i przyniosą korzyści w przyszłości.

Omdlenie w kościele

Bohaterką historii jest pewna młoda i uczynna kobieta, która wybrała się w gorące niedzielne przedpołudnie do kościoła. Nagle, siedzący obok niej starszy mężczyzna osunął się na podłogę. Przekonana, że to omdlenie wywołane upałem szybko zareagowała, łapiąc go za głowę i przechylając ją między kolana. Trwali chwilę w dramatycznym uścisku wywołując tym samym konsternację w świątyni. W końcu, skulony człowiek wyrwał się z objęć sąsiadki i zawołał:
- Co pani wyprawia?! Ja tylko szukałem pod ławką swojego kapelusza!

Historia uczy, że skuteczne rozwiązanie problemu leży w zrozumieniu jego istoty i pochodzenia. Szybka i sprawna reakcja może być tak samo szkodliwa, jak zupełny brak działania. Często nie należy, choćby i w dobrej wierze, działać odruchowo i spontanicznie, bo możemy zadziałać na niekorzyść własną lub zainteresowanej strony. Nie warto również starać się bezwiednie poprawiać tego co dobre, w myśl sentencji „lepsze jest wrogiem dobrego”.

Bomba pod siedzeniem

Akcja opowieści miała miejsce tuż po zakończeniu II wojny światowej. Autobusem podróżował pewien mężczyzna, a na kolanach trzymał pokaźnych rozmiarów pakunek. Podejrzaną paczkę wypatrzył szybko konduktor i nie omieszkał zapytać o jej zawartość. Człowiek z pełnym spokojem wyznał, iż jest to niewypał, który znalazł obok swego domu i teraz wiezie go na policję. Przestraszony konduktor nakazał natychmiast włożyć paczkę pod siedzenie w celu zapewnienia bezpieczeństwa podróżnym.

Opowieść uzmysławia fakt, że ludzie często działają odruchowo, szczególnie pod wpływem nagłego strachu, stresu czy niepewności. Działają na oślep i irracjonalnie, nie wnikając z treść swoich decyzji czy poleceń.

Imbryk

Był sobie raz porcelanowy imbryk do herbaty, bardzo dumny ze swojej roli i pięknego wyglądu. Zawsze podkreślał swoje zalety - smukłą szyję i piękny uchwyt - zaś o swojej pękniętej pokrywce starał się nie mówić, gdyż inni mu ją wytykali. Wiódł beztroskie życie do czasu, gdy ktoś upuścił go i rozbił się na kawałki. Odpadło mu ucho i szyjka, z których był taki dumny, i nazajutrz podarowano go żebraczce. Kobieta wsypała mu do wnętrza ziemię i zasiała nasionko, które starannie pielęgnowała. Imbryk, początkowo zawiedziony, przyglądał się, jak roślina kiełkuje i rośnie. Wtedy zrozumiał, że ów kwiat to esencja jego życia i poczuł się zaszczycony oraz szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Jednak gdy kwiatek urósł nadmiernie, przesadzono go, a potłuczony i pozostawiony sobie imbryk wspominał najpiękniejsze chwile swojego życia, jakie spędził z kwiatem.

Bajka uczy nas, że należy wykorzystywać zarówno swoje mocne strony, jak również być otwartym na niespodziewane zmiany. Kreatywne podejście do wykonywanych czynności, daje nie tylko wewnętrzną satysfakcję, ale też pozwala rozwinąć obszary naszych możliwości, o których nie wiedzieliśmy. Zmieniając zakres obowiązków, możemy okazać się równie dobrymi, a nawet lepszymi pracownikami.

Mysz i byk

Mała mysz dała pstryczka w nos bykowi. Byk był rozwścieczony i postanowił ją ukarać. Mysz jednak schroniła się w szczelinie skalnej. Byk próbował ją dostać, ale bezskutecznie. Gdy w końcu padł ze zmęczenia, mysz wyszła ze swej kryjówki, ponownie pstrykając go w nos.

Opowiastka zwraca uwagę, że będąc słabszym, niekoniecznie stoimy na straconej pozycji. Silniejsza ze stron, wobec słabszego oponenta, traci zazwyczaj czujność i często go lekceważy. Nieuwaga przeciwnika daje nam szansę na zaskoczenie go i zdobycie przewagi. Należy pamiętać, że nawet najsilniejszy rywal posiada słabe strony, musimy je tylko zauważyć i umiejętnie wykorzystać. Posługując się sprytem, wiedzą oraz doświadczeniem życiowym, możemy pokonać lub ośmieszyć potężnego Goliata.

Wrzeszczący niewolnik

Historia opowiada o pewnym Maharadży i jednym z jego rozlicznych niewolników. Pewnego razu, podczas morskiej podróży, rozpętał się sztorm, a jeden z niewolników, który nigdy nie podróżował morzem, zaczął wrzeszczeć okropnie przerażony. Pojękiwania i krzyki stawały się irytujące i nieznośne dla wszystkich. Dostojnik chciał już rozkazać wyrzucić nieszczęśnika za burtę, gdy doradca powstrzymał go, proponując inne rozwiązanie. Sam kazał wrzucić człowieka do morza, ale gdy ten zaczął w jeszcze większej trwodze rozbijać dłońmi fale i łapać się burty, nakazał z powrotem wciągnąć go na pokład. Od tej chwili mężczyzna siedział skulony w kącie, a na całym pokładzie zapanował spokój. Zaciekawiony Maharadża zapytał swego przybocznego o powód takiego zachowania.
- To proste - odparł mędrzec - Dopóki jego sytuacja nie pogorszyła się, nie zdawał sobie sprawy, jakie ma szczęście.

Historia pokazuje, że zawsze należy szanować to, co posiadamy oraz cenić sytuację, w jakiej się znajdujemy, bo zawsze może być gorzej. W interesach należy czasem korzystać z tego, co otrzymujemy, bo kolejna oferta może być gorsza. Należy zawsze zastanawiać się nad swoim położeniem i zachowywać pewną równowagę pragnień i celów.

Smakołyki cukiernika

Przypowieść opowiada o pewnym cukierniku, znanym w okolicy ze swoich wyrobów. Wytwarzał mianowicie cukierki w kształcie zwierząt i ptaków. Łakocie były dostępne w różnych smakach, kolorach i wielkości. Dzieci skuszone szerokim asortymentem, kupowały smakołyki i kłóciły się między sobą, czyje zwierzątko jest lepsze, smaczniejsze, ładniejsze i ma ciekawszy kolor… Cukiernik patrzył na te przekomarzanki z uśmiechem pod nosem. Dzieci były tak samo nieświadome i zabawne jak dorośli, gdy myślą, że jeden człowiek jest lepszy od drugiego.

Przypowieść pozwala uświadomić sobie, że kompleksy tkwią w wielu przypadkach w nas samych. Zarazem wydawanie łatwych i niesprawiedliwych ocen jest dość powszechną ludzką cechą, którą nie należy się jednak całkiem zrażać. Pierwsze wrażenie jest czymś naturalnym, ale nie powinno stanowić ostatecznego sądu o człowieku. Każdy posiada pewne zalety i niemal każdy może być wartościowym pracownikiem, gdy zda sobie sprawę, że nie jest gorszy od innych. W grupie warto stworzyć także przekonanie, że wszyscy są równi względem siebie, co pozwoli usprawnić pracę i zapewni dobrą atmosferę.

Mistrz i kobieta z czarką wody

Pewien spragniony mistrz feng-shui poprosił przypadkowo napotkaną kobietę o wodę. Kobieta chętnie poczęstowała wodą wędrowca, ale do miseczki z czystym zimnym płynem wrzuciła garść plew. Oburzony mistrz potraktował ten czyn jako zniewagę i postanowił się zemścić. Polecił samotnej kobiecie i jej dzieciom przeprowadzić się do miejsca, w którym energia jest tak fatalna, że na pewno po pewnym czasie wszyscy umrą. Po latach, mistrz wrócił w to samo miejsce. Okazało się jednak, że kobieta i jej rodzina żyją w dostatku, mają piękny dom i ogród. Zdenerwowany mistrz, wypomniał kobiecie jej zniewagę sprzed lat. Okazało się jednak, że kobieta dosypała wówczas plew do wody, by mężczyznę chronić. Zbyt szybko wypita woda mogłaby zaszkodzić rozgrzanemu organizmowi i wywołać szok termiczny, a w następstwie niebezpieczne choroby. Wtedy mistrz zrozumiał, że Bóg nagrodził jej piękny czyn, nie zważając na jego próby zemsty.


Mężczyzna zbyt pochopnie ocenił zachowanie kobiety. Założył, że jest ono negatywne, ponieważ nie dysponował wszystkimi danymi. Nie zapytał również o przyczynę „złośliwości”, od razu postanawiając się zemścić. Okazało się jednak, że niesłusznie. Bajka uzmysławia, że nie zawsze nasza ocena zdarzeń, rzeczy lub osób jest obiektywna. Czasem wyciągamy pochopne wnioski, bo nie mamy wszystkich informacji.

Kanapki z serem

Opowiastka dotyczy pewnego robotnika w fabryce. Otóż podczas przerwy śniadaniowej zasiadł wśród kolegów, rozpakował drugie śniadanie i krzyknął zniesmaczony:
- No nie! Znowu kanapki z serem?!
Sytuacja powtórzyła się w kolejnych dniach, w końcu jeden ze zniecierpliwionych kolegów zapytał, dlaczego nie poleci żonie, aby zrobiła mu kanapki z czymś innym.
- To niemożliwe - odparł mężczyzna. - Nie jestem żonaty i sam sobie robię kanapki...


Przypowieść zwraca uwagę, że problem zazwyczaj tkwi w nas samych. Tymczasem ludzie mają tendencję do szukania przyczyn swoich kłopotów wszędzie, gdzie to możliwe, z wyjątkiem samych siebie. Jeżeli tylko będziemy w stanie dostrzec i uznać własne błędy, wtedy damy sobie szansę, aby je rozwiązać. Każdy jest kowalem swego losu. To my sami nadajemy kształt oraz jakość naszemu życiu poprzez świadome decyzje i wybory.

Słuszna zamiana

Historia opowiada o pewnym starym małżeństwie, mieszkającym spokojnie w niewielkiej wsi. Biedni byli, ale mieli w gospodarstwie konia, który pasał się na łące. Orali nim czasem pole, jeździli do miasta albo wypożyczali sąsiadom do różnych prac. Pewnego razu wymyślili wieczorem, aby wymienić tego konia na coś bardziej potrzebniejszego w obejściu, choć sami nie wiedzieli na co. Żona poleciła więc mężowi, aby wziął konia, pojechał na jarmark i sprzedał go albo zamienił.
- Na pewno sprawę załatwisz, a cokolwiek zrobisz będzie dobrze - rzekła mu na odchodne.
Pojechał dziadek na jarmark, ale po drodze spotkał sąsiada, który pędził krowę w tym samym kierunku. Pomyślał staruszek, że taka zamiana była dlań korzystna - własna krowa to mleko, ser, śmietana i masło! Zaproponował więc wymianę, dodając, że koń kosztuje dwa razy tyle co krowa, ale ona da mu właśnie to, czego najbardziej potrzebuje. I dobili targu, ale uradowany mąż chciał jeszcze obejrzeć sobie doroczną imprezę i popatrzeć na ludzi z miasta. Idąc dalej ze świeżym nabytkiem, spotkał chłopa prowadzącego owcę. Zwierzę było okazałe i nosiło sporo wełny na grzbiecie.
- Owca jest mi potrzebna - pomyślał. - Mało trawy zje, a na zimę będą ciepłe ubrania.
Dokonał kolejnej wymiany. Tuż przed jarmarkiem natknął się jeszcze na handlarza niosącego tłustą gąskę.
- Ach ten smalec, ach to pierze i jak pięknie pływałaby po naszym stawie.
Niewiele myśląc, zamienił więc owcę na gęś. Chodząc już między straganam,i zobaczył dorodną kwokę. Znów zaczął kalkulować w głowie przyprószonej siwizną.
- Kura żywi się tym, co wydziobie, wydatków praktycznie żadnych, ale za to na jakie jajka można liczyć! Tak, kura jest tym, czego mi potrzeba.
Staruszek zaczął już jednak odczuwać trudy podróży, a i pora posiłku się zbliżała, o czym dawał sygnały burczący żołądek. Wstąpił więc do karczmy, ale u progu spotkał jeszcze człowieka z ogromnym workiem na plecach. Okazało się, że wór wypełniony jest zgniłymi jabłkami dla świń.
- Hmm... - Zastanowił się starzec - to dużo dobrego towaru.
I wymienił kurę na worek jabłek. Wkroczył z worem do szynku i oparł go o rozgrzany piec, a dokuczliwa woń zgnilizny szybko wypełniła całe pomieszczenie. Zgromadzeni goście szybko zaczęli dociekać, co też dziadek przytargał ze sobą, a gdy opowiedział im całą historię zamian dwóch mężczyzn ryknęło gromkim śmiechem.
- No to dziadku, dostaniesz za to od żony solidną burę!
- Dostanę za to całusy, a nie karę - upierał się gospodarz.
- Zatem, załóżmy się o to. Jak wygrasz damy ci worek dukatów - zaproponowali nieznajomi.
Uścisnęli prawice dla potwierdzenia zakładu, a przecinał sam karczmarz, który pożyczył im wózek, na który siadła cała trójka, wraz z workiem pełnym zgniłych jabłek. Szybko dotarli na miejsce i mąż zaczął opowiadać swojej połowicy całą historię swoich zamian. Ta za każdym razem chwaliła roztropność i rozwagę męża, ciesząc się uzyskanymi korzyściami. I gdy na koniec wyznał, że zamienił kurę na zgniłe jabłka, ta rzuciła mu się szczęśliwa na szyję.
- Właśnie z rana sąsiadka śmiała się, że nasz sad nie daje nawet ani jednego zgniłego jabłka, a tu cały wór! Już widzę jej zawiedzioną minę - cieszyła się staruszka.
- To nam się podoba - zawołali nieznajomi.
Pomimo strat ciągle nie opuszcza ich pogoda ducha. Takim ludziom warto powierzyć worek złota, bo cokolwiek z nim zrobią i tak będą szczęśliwi.

Przypowieść zwraca uwagę, że czasem paradoksalnie trzeba iść pod prąd utartym, czy uznanym i sprawdzonym schematom, aby osiągnąć sukces. Czasem warto myśleć długofalowo i nie ograniczać się do bieżących, łatwo osiągalnych celów. Kreatywne myślenie zawsze jest cenione, gdyż pozwala otworzyć nowe obszary eksploracji. Ponadto ludzkie myślenie bywa często przekorne i niezgodne z przyjętymi zasadami. Działanie niestandardowe poprawia także nasz wizerunek, gdyż oznacza, że jesteśmy kreatywni i sami szukamy najlepszej drogi do celu, nawet jeśli wiąże się to z podejmowaniem zwiększonego ryzyka. Warto zatem obdarzyć kogoś dużym, by nie rzec, czasem wręcz nieograniczonym zaufaniem, bo nigdy nie wiadomo, jakie korzyści może to przynieść.

O pokutującej królewnie

Bohaterką historii jest pewna królewna, która upodobała sobie ascetyczny styl życia. Choć była młoda i niewinna postanowiła pokutować po świecie. Nałożyła na siebie łachmany i służyła po miastach i wsiach. W jednym miejscu zaczęła pasać gęsi, a potem kazano jej pracować w spiżarni. Zaczął adorować ją wtedy młody pański syn, ale ona go odganiała od siebie. Pewnego razu chciał skraść jej pocałunek, gdy akurat kroiła chleb nożem. W przypływie złości rzuciła nożem w kierunku amanta. Pech chciał, że ostrze trafiło w samo serce i młodzieniec padł nieżywy. Straszny raban się zrobił na dworze i nikt nie chciał słuchać jej tłumaczeń. Skazano ją na śmierć za zabójstwo, ale w końcu włożyli ją żywą do trumny panicza i razem umieścili w kamiennym grobowcu. Ona jednak wybiła wieko i spoglądała na okolice przez małe okienko. Nieopodal dwa kruki biły się o kawałek chleba, że aż jeden drugiego zadziobał. Wtedy nadleciał trzeci ptak i urwawszy dziobem kawałek rosnącego zioła, potarł zabitego, a ten natychmiast ożył. Dziewczyna wychyliła się wtedy zza okienka i urwała kawałek cudownej rośliny. Potarła nim śmiertelną ranę chłopaka, a ten odzyskał życie. Zaczęli też wspólnie, ile sił w rękach, tłuc w drzwi i hałasować, aby ich uwolniono z grobowca. Wkrótce wypuszczono ich. Królewna wyznała wszem i wobec, że ta pokuta była dla niej najgorszą ze wszystkich. Porzuciła zatem tego typu pomysły, odechciało się jej już przygód. Wróciła do rodziców, którzy mieli ją za straconą i nigdy już nie opuściła domu rodzinnego.

Przypowieść uświadamia nam, że aby zrozumieć pewne rzeczy i wyciągnąć z nich wnioski, musimy ich doświadczyć na własnej skórze. Nic tak nie dotyka człowieka jak realny ból, strach czy poniżenie. Prawdziwych uczuć nie da się bowiem wyczytać w książkach, czy zrozumieć poprzez obserwację innych. Z drugiej strony nie warto żyć wygodnie i unikać wszelkich silnych wrażeń, czy nawet złych emocji. Problemy i wyzwania są naturalnym elementem życia każdego człowieka, a mierzenie się z nimi już od młodego wieku pozwala hartować charakter i uczyć samodzielności. Stres postrzegany jest często głównie pod kątem swojego destruktywnego wpływu, ale potrafi on też mobilizować i ułatwiać wyciąganie wniosków na przyszłość. Trener podczas szkolenia także będzie skazany głównie na siebie, a nabyte doświadczenie życiowe może pozwolić mu rozwiązywać pojawiające się problemy czy niesnaski. Bycie trenerem to praca z ludźmi, a tego nie da się nauczyć, będąc z dala od nich lub znając tylko aspekty teoretyczne swojej pracy.

Głucha żona

Mąż żali się lekarzowi przez telefon, że jego żona nagle ogłuchła. Nie słyszy, gdy się ją woła, nie reaguje na komunikaty męża. Zaskoczony lekarz zaleca, by przed wizytą mąż zmierzył stopień głuchoty żony. Z różnych miejsc w domu mąż posłusznie woła swoją żonę. Nie słyszy jednak żadnej odpowiedzi. W końcu staje za jej plecami i krzyczy wprost do ucha jej imię. Żona zirytowana odwraca się i krzyczy mężowi w twarz: „Czego chcesz?” Przecież ona cały czas odpowiada na jego wołanie, ale on jakby ogłuchł i nic nie odpowiada. Zmartwiona zaleca mu natychmiastową wizytę u lekarza.

Bohaterowie bajki są tak skupieni na nadawaniu komunikatów, że zapominają o słuchaniu odpowiedzi. Takie postępowanie uniemożliwia skuteczną komunikację. Przypomina, że proces komunikacji to nie tylko mówienie (nadawanie komunikatów), ale także umiejętność słuchania i przyjmowania informacji zwrotnych.

Siwek Złotogrzywek

Bohaterką opowiastki jest pewna biedna babuleńka, która zarabiała na życie, służąc u gospodyń mieszkających w tej samej wsi. Czasem za pracę dostawała kawałek mięsa, kubek herbaty albo kilka groszy. Zawsze jednak jakoś sobie dawała radę i wyglądała na osobę szczęśliwą. Gdy pewnego wieczoru wracała do domu, znalazła przy drodze wielki czarny garnek. Nie zajrzała jednak do środka, gdyż uznała, że byłby w sam raz, aby posadzić w nim kwiatek i postawić na oknie. Po chwili jednak pomyślała, że być może jest dziurawy, skoro ktoś go porzucił pod lasem. Uklękła wtedy, zginając swoje stare plecy i podniosła pokrywkę, aby zajrzeć do środka. Jej zmęczonym oczom ukazała się pokaźna kupa złotych monet. Zaraz zaczęła obmyślać, jak zabrać taki skarb do domu i co dalej zrobić z taką górą pieniędzy. Chodziła dookoła złota, aż spostrzegła, że zapada już zmrok i nikt nie powinien zobaczyć, co też niesie do domu. Planowała zakupić piękny dom i żyć jak królowa, która cały dzień spędza na zbytkach i popijaniu herbaty. Po jej gorącej głowie krążyły także myśli, aby zakopać część złota w ogrodzie albo dać na przechowanie księdzu i wybierać sobie po trochu. Czuła się bardzo podekscytowana i dlatego z opóźnieniem poczuła, że taszczenie garnca bardzo ją zmęczyło. Zajrzała znów do środka, ale zamiast złotych, zobaczyła tylko same srebrne monety. Z początku nie mogła się nadziwić temu zjawisku, ale potem uznała nawet, że to zmiana na lepsze. Srebro nie było wprawdzie tak cenne jak złoto, ale pomyślała, że będzie miała za to mniej problemów z pilnowaniem skarbu. Ruszyła w dalszą drogą i wciąż marzyła o przyszłych wspaniałościach. Po pewnym czasie znów poczuła się wyczerpana i zajrzała ukradkiem do naczynia. Tym razem zamiast srebra znalazła kawał żelaza. Nie załamała się jednak i uznała, że to nawet lepsze i wygodniejsze rozwiązanie. Teraz będzie mogła zupełnie spokojnie spać po nocach, a za kawał żelaza także można dostać sporo gotówki. Zadowolona z życia ruszyła do domu, a gdy zajrzała ponownie w czeluść magicznego garnka, zauważyła, że zamiast żelaza ciągnie ze sobą wielki kamień. Także dla kamienia szybko znalazła odpowiednie zastosowanie, mógł jej przecież posłużyć do przytrzymywania otwartych drzwi. Kolejnej zamiany nie uznała za stratę, ale cieszyła się z tego, co dostała od losu. Gdy w końcu dotarła do domu i zatrzymała się przy furtce, odwiązała chustę, w której niosła swój kamień. Wtem głaz nagle podskoczył, zarżał i przemienił się w dużego i gibkiego konia. Zwierzę pogalopowało na łąkę, śmiejąc się jak niegrzeczny dzieciak. Staruszka patrzyła za nim, dopóki nie zniknął za horyzontem. Jestem najszczęśliwszą osobą we wsi - powiedziała do siebie. Widziałam na własne oczy Siwka Złotogrzywka i to było wspaniałe. Potem podreptała do swojej chatki, aby rozmyślać o swoim wielkim szczęściu.

Terapia szokowa

Pewien kapitan statku postanowił oduczyć swojego pasażera marudzenia i uprzykrzania innym rejsu. Bogaty panicz zapadł na chorobę morską, swoją histerią i lamentami przeszkadzał innym w rozkoszowaniu się podróżą. Nie przyjmował niczyich rad, nie chciał pić lekarstw. Płakał, krzyczał, zwracał na siebie uwagę wszystkich. Kapitan postanowił więc zastosować niekonwencjonalną terapię. Obwiązał młodzieńca linami i polecił wyrzucić za burtę. Dodatkowo, przygotował podobiznę rekina, by dodać sytuacji dramatyzmu. Terapia poskutkowała. Po kilku minutach wiszenia za burtą kilka metrów od paszczy „rekina”, niesforny pasażer błagał o wciągnięcie na pokład. Gdy się już na nim znalazł, był bardzo szczęśliwy. Docenił bezpieczeństwo, ciepło, suche kabiny. To, co wcześniej wydawało mu się męczące, teraz było błogosławieństwem. Stracił na chwilę poczucie pewności i bezpieczeństwa, a to wystarczyło, by docenił pokład potężnego statku. Do końca podróży nie narzekał na nic i był spokojny.

Bajka przypomina, że w ludzkiej naturze leży docenianie wygód i przywilejów dopiero, gdy się je traci. Pokazuje także, że czasem nie doceniamy prostych rzeczy, które są nam dane, bo nie potrafimy ich dostrzec. Zdrowie, rodzina, bezpieczeństwo, jedzenie… wszystko to wydaje nam się oczywiste do chwili, kiedy ich nie stracimy. Bajka uzmysławia, że jeśli chcemy, by ktoś coś docenił, należy mu to na chwilę odebrać.